Pożegnanie Mojego Taty ...

Czego nauczył nas nasz ukochany Tata Romek Sopek

Moja mowa pogrzebowa dla Taty - 7 marzec 2105.
Nauczył nas, co znaczy praca.

To było bardzo trudne, gdyż większość życia przepracował w czasach, w których owoce tej pracy nie służyły tym, którym służyć powinny.  A jednak potrafił pokazać (i to zawsze przykładem), że wartość pracy jest nie zawsze w jej bezpośrednim rezultacie – że tkwi ona w wartościach większych: w uczciwości zawodowej, w dobrym wykształceniu, w rzetelności działania, w unikaniu politykowania w pracy i przez pracę, czy wreszcie w unikaniu jak ognia lenistwa, które tak psuje ludzką duszę.
Nauczył nas też, szczególnie, gdy mieszkaliśmy w Gorzowie, czym jest i jaką ma wartość odpoczynek, a szczególnie w przyrodzie.
Kiedy w tym szczególnym dniu o tym dziś myślę - jak ta sfera życia Taty wyglądała, na myśl przychodzi mi jedynie fragment z Norwida: jest „…praca- by się zmartwychwstało” …

Nauczył nas skromności i pokory

Zapewne nikt, kto znał Romka nie widział, ani nie słyszał go przechwalającego się swoim zasługami, osiągnięciami – i to w sprawach małych, domowych, ale i też tych zawodowych.
Nie mam dziś żadnej wątpliwości, że to do Taty jak do nikogo innego stosują się słowa:
…błogosławieni cisi i pokornego serca, albowiem oni posiądą ziemię”
Tak szczerze mówiąc, tej skromności będzie nas uczył jeszcze bardzo długo – pozornie tylko już między nami nie obecny …

Nauczył nas dobrego humoru


Kiedy dokładnie tydzień temu, w poprzednią sobotę żegnaliśmy się przed moim wyjazdem, Romek, bardzo już przecież słaby wyszeptał z uśmiechem: pamiętaj, że Cię zapraszam, ja pytam „na co mnie zapraszasz?” – Romek: „No jak to na co – na wódkę!”
Ten dobry humor u Romka, nawet gdy już tak długo cierpiał – był znakiem wielkiego dystansu do siebie samego …
Myślę, że i tego będzie nas jeszcze długo uczył … Słabo z tym czasami u nas…

Nauczył nas, iż niema większej wartości ponad rodzinę

To właśnie Tacie zawdzięczam taką prostą i oczywistą, a jak często zapominaną myśl, że jesteśmy tu na tej ziemi tylko dzięki naszym rodzicom, naszym dziadkom, pradziadkom i wszystkim naszym przodkom aż do początków cywilizacji,
jak również myśl (znów przekazaną nam przez Romka przykładem), że obowiązkiem naszym jest to światło istnienia w najoczywistszym wymiarze – nieść dalej – zakładając rodziny, rodząc i wychowując i wspierając dzieci…
Nauczył nas, że tak naprawdę tylko to po nas istotnego pozostanie tu na ziemi…
Nauczył tego, że dbanie o rodzinę nie jest funkcją tylko materialnych wartości, ale czegoś tak bardzo zwykłego i powszedniego, a tak często zapominanego: dobroci, tolerancji, codziennej troski …
Nie mam żadnej wątpliwości, że ta nauka Romka będzie jeszcze długo wybrzmiewać…

Nauczył nas tolerancji i poszanowania wolności drugiego…


Wychowując nas, nigdy niczego nie narzucał. Sugerował, popierał, krytykował, ale ostatecznie wolność wyboru zostawiał nam. Na dobre i na złe.
Jak wiemy, miał Romek po dziadku bardzo określone poglądy, ale nigdy nie posuwał się do nietolerancji, nawet wobec ludzi, którzy w tamtych złych czasach wybierali drogę przeciwnych wartości, niż te, które On i Jego Ojciec i całą nasza rodzina – wyznawali.
Potrafił zrozumieć nawet tych, którzy mylnie czytając jego postawę, w czasach początków naszej wolności, tu w Łodzi, brali go za swojego wroga. Będąc przez nich skrzywdzonym nie stracił wiary w Solidarność i w sens całej naszej do wolności drogi…
To jakiś paradoks, ale w tak podzielonej dziś Polsce - jak bardzo potrzebna będzie nam ta nauka tolerancji….

Nauczył nas tego, że gdy zbłądzimy możemy zawsze jeszcze dobrą drogę odnaleźć


Pamiętam rozmowę z Tatą, teraz to będzie już pewnie jakieś dziesiątki lat temu, w której w bardzo rzadki dla niego sposób mówił mi, że o ile potrafimy przeprosić i zadośćuczynić za coś złego, nigdy nie jest za późno na poprawę siebie i naszych relacji z innymi.
Ale mówił też, że z tym się nie zwleka, że moment, w którym zdamy sobie sprawę co robimy – powinien być momentem powrotu do dobrego. Nie „kiedyś tam”.
Ta nauka pozostanie z nami na zawsze i to chcielibyśmy przekazać naszym dzieciom i wnukom….

Nauczył nas nie poddawania się do końca


Jak wiemy wszyscy Tato cierpiał długie, bardzo długie lata. Ponieważ nigdy nie żalił się na swój los, ani nigdy nie buntował się przeciw niemu – można by pomyśleć, że się poddał.
Nic podobnego!
Kiedy znalazł się w szpitalu trzy tygodnie temu, był bardzo nerwowy, gdyż myślał, że chcą tam mu jakąś krzywdę zrobić. Kiedy Mama uspokoiła go i wytłumaczyła – wyjaśnił, o co chodziło – „przecież ja jeszcze chcę sobie pożyć”.
Pomyślmy, wielu ludzi w takim stanie poddaje się i chce skończyć cierpienie.
Tato widział to, co w życiu najważniejsze – życie samo – widzenie i czucie świata, myśli, spotkania z bliskimi bez względu na stan, a nawet znoszenie bólu - i w tym właśnie sensie – nigdy się nie poddał.

Ale też nauczył nas tego, że ostatecznie poddać się musimy


W tej postawie naszego Taty tkwi esencja życia. Ostatecznie musimy wszyscy z tego świata odejść.
W tym sensie poddać się musimy. Nie ma takiej siły, jaka zapewniłaby nam na tym świecie wieczność, siłę i zdrowie…
Ale jeśli nie będzie to kapitulacja, ani też krzyk buntu, ani szaleństwo lęku, ale pokorne stawianie czoła najgorszym fizycznym ograniczeniom; jeśli jest to pełna świadomość wszystkiego wokoło – to w tym jest prawdziwe zwycięstwo. Tak było, każdy, kto przebywał nawet krótko z Romkiem w tych ostatnich latach wiedział, iż nie mogąc już nawet mówić, rozumiał doskonale wszystko, co z Nim i wokół niego się działo.
W tym sensie Romek dał nam największą i najważniejszą z lekcji, jakie mógł zostawić nam Ojciec, Mąż, wujek, sąsiad, znajomy, człowiek – lekcję umierania …

Tato był poetą…

Trudno wielu być może w to uwierzyć, ale tak, Romek tworzył prostą, jak obrazy Nikifora, poezję.
Niemal wyłączną tematyką tej poezji było życie rodzin i tej, z jakiej się wywodził i tej jaką sam stworzył i tych jakie zapoczątkował w nas.
I dlatego chciałby tę dzisiejszą laudację zakończyć trzema fragmentami z jego utworów.

Pierwszy dłuższy poemat zaczynał się tak:


Była kiedyś w wiejskim rudzkim siółku
Rodzina Sopek, żyli w jednym podwórku.
Pradziad Grzegorz to rolnik rasowy,
O złej pracy na roli nie mogło być mowy.
Na jeden z kolejnych zjazdów rodzinnych napisał te wersy:

Mama każdego z osobna czule nas pożegna,
Słowa dobroci nam wypowie.
Jak złego ustrzec się poradzi,
Mówiąc nam "Niech Was Bóg prowadzi".
Takimi słowy nas żegnała,
A każdemu do walizki coś wkładała.
Dzieliła się czym mogła i czym miała,
Bo wszystkich nas jednakowo kochała.


A gdy nadszedł czas życia w "jesieni"
zostali sami - i tego nikt nie zmieni.
Taka jest bowiem kolej życia naszego,
Że starość ustępuje na rzecz młodego.



Ale już prawdziwie legendarny w naszej rodzinie jest pełen humoru poemat „Na Wesoło”


Przeczytam tylko fragment:
Wyjechali z Rudki Marysia, Janusz, Lolek,
Romek, Mietek i Władek,
Przybyli do miasta, na wsi został Dziadek.


Romek, Lolek, Janusz, zostali technikiem.
Marysia farmaceutą, Mietek lekarzem,
Pułkownikiem Władek, rolnikiem - Dziadek.


Romek, Lolek, Janusz bywali w teatrze,
Na koncercie Marysia, w kawiarni Mietek, Władek,
A w stajni i oborze zostali Babcia i Dziadek.


Romek, Lolek, Janusz pijali szampana,
Koniak pili Mietek, Władek.
Czarna kawę Marysia, a maślankę Dziadek.


(…)
     


Wszyscy maja brzuszki,
Sił nabiera Mietek, Władek,
Rumieńce ma Marysia,
Szczupły tylko Dziadek.


Jestem pewien, że Romek uśmiecha się dziś do nas wiedząc, że tak bardzo wszystko ceniliśmy jego ten jego przedni humor.
I pozwólcie, że właśnie TYM radosnym akcentem zakończę tę mowę…..

No comments:

Post a Comment